brama

Napisane przez: lena 15-11-2019

Życie wciąż przynosi nowe doświadczenia

Nie upierają się przy jednym muzycznym stylu. Czerpią inspiracje z wielu doznań, cyzelują je i dobierają adekwatnie do tego, co chcą zaoferować słuchaczom. Aktualnie definiuje ich najnowsza płyta „Moonsoon”. O czym na niej opowiadają? Między innymi o tym możecie przeczytać poniżej. A usłyszeć najnowsze brzmienie Gallileous możecie już jutro, 16 listopada podczas kolejnej edycji wydarzenia WinoBranie.

Muzycy spotkali się z fanami w Wodzisławskim Centrum Kultury podczas wydarzenia „COOLturalny gość WCK”. Poza dawką dobrego grania uraczyli ich opowieściami na temat najnowszej płyty, podzielili się też wspomnieniami.

Redakcja: „Moonsoon” to dokładnie takie brzmienie Gallileous, jakim w tym momencie chcecie docierać do słuchaczy?

Tomasz Stoński: Skoro takie jest, to chyba tak! Brzmienie jest rozwinięciem tego, co mogliśmy usłyszeć na poprzedniej płycie „Stereotrip”. Główne efekty, których używam na gitarze, tu i tam, są podobne. Troszkę rozbudowaliśmy utwory pod względem aranży, trochę zeszliśmy w kierunku ballad i różnego rodzaju zmian tempa w kompozycjach. Ta płyta nie jest tak szybka, jak poprzednia, w czym dużą zasługę ma Michał, który wprowadził, że tak powiem, trochę równiejszej gry.

Mówi się o waszej twórczości, żeto psychodeliczny rock lat 70., space rock… Jak sami okreslilibyscie charakter Waszego grania?

Paweł Cebula: Choć wiele się zmieniło, ciągle pokutuje taka łatka, że Gallileous to doom metal, więc tak naprawdę nie wiemy, co gramy w tej chwili. Tego dowiadujemy się z mediów i z tego, co czytamy, definiuje się naszą muzykę, jako space rock, rock and roll.

Michał Szendzielorz: Ba! Ostatnio dowiedzieliśmy się, że gramy disco polo!

T.S.: Jeśli mówisz o inspiracjach latami siedemdziesiątymi, to osobiście bardzo mi to schlebia. Cieszę się, że inni tak postrzegają naszą twórczość, bo taka muzyka jest mi szczególnie bliska. Od wielu, wielu lat skłaniam się do fusion, które kojarzone jest z przełomem 60. i 70. lat, kiedy jazzmani zaczęli flirtować z muzyką rockową. Jak Paweł wspomniał, kiedyś graliśmy doom metal, funeral doom metal i męczyliśmy ludzi muzyką, której nie dało się słuchać. Jak nagrywaliśmy pierwsze demo, to panowie ze studia w czeskim Cieszynie prosili, żebyśmy nie mówili, że nagrywaliśmy u nich. Nie chcieli brać za to odpowiedzialności! Wiesz, lata się zmieniają i my też się zmieniamy – łączymy metal z rock and rollem i z disco, ale na pewno nie z disco polo, tyko z disco wywodzącym się z lat 70.

M.SZ.: Myślę, że ostatnie płyty są też wypadkową tego, co słuchamy.

Otóż to, zatem skąd czerpiecie inspiracje?

T. S.: Słuchamy bardzo rożnej muzyki, ja właściwie wszystkiego! O „Miłości w Zakopanem” słyszałem, aczkolwiek nie marzę. Sięgam po kawałki od folku, dark ambientu po muzykę minimalistyczną, black metal. Kiedyś umawialiśmy się na wyjazd do NOSPR na Góreckiego, Chopina, Kilara… dbamy o to, by doświadczać wszystkiego po trochę.

A. Kozielska

Można powiedzieć, że „Moonsoon” to poniekąd kontynuacja podróży w muzyczną przestrzeń, jaką proponowaliście już na poprzedniej płycie. Są jednak różnice… To dziewięć utworów, w których opowiadacie o? No właśnie, o czym?

Anna Pawlus: Wszystkie teksty oscylują wokół podobnej tematyki. Na przykład, zacznijmy od utworu tytułowego, który mówi o tym, że jak się zdenerwujemy, to nie widzimy rzeczywistości, jaka jest naprawdę. Dopiero symboliczna śmierć własnego ja może spowodować, że na nowo otworzymy oczy i zobaczymy świat na nowo. Drugi utwór to z kolei ważne pytania do samego siebie: czy o coś walczyć, co jest dla nas ważne, czy dzielić się tym, co się ma? Czy żyć czy umierać? „From me tu you” to z kolei pierwszy mój utwór o miłości, mimo że niektórzy twierdzą, że miłość to temat wyświechtany. Mówi o tym, że, gdy kogoś kocha się prawdziwie, to chce mu się dawać wszystko, co najlepsze. Kawałek ten oparty jest na inspiracji The Beatles. Pisałam go z Lenonem na pół, on wymyślał początki, a ja resztę zwrotek. W kolejnych utworach zanurzamy się w iluzji, pytamy o cel życia, o jego sens. Mówimy o tym, że czasami trzeba się obudzić i zweryfikować swoje plany na przyszłość. Pisząc teksty z przestrzeni kosmosu zawędrowałam do wnętrza człowieka, do jego rozterek i tego, co dotyka go na co dzień.

T.S.: Ania jest autorką większości tekstów, ja napisałem słowa do „Dance with the planet caravan”. Planet caravan to nawiązanie do Black Sabbath i naszych inspiracji muzycznych. O czym jest? O tym, że idziemy przez życie, trzymamy się swego, mimo że inni próbują nam złamać kark i napluć w twarz. Kosmos to mocno eksploatowany temat i trochę się nam ta tematyka znudziła. Szukaliśmy czegoś innego i pojawił się pan Holesz, ze świetnymi obrazami, które nie były osadzone w kosmosie, tylko na ziemi, a wręcz pod ziemią, co mocno nas zaintrygowało.

No właśnie, przy okazji projektując okładkę płyty, sięgnęliście po twórczość Ludwika Holesza, śląskiego artysty. Skąd pomysł na taką twórczą fuzję?

P.C.: Szczerze powiem, wcześniej nie znałem Ludwika Holesza. Wiedziałem, że w Katowicach działa Grupa Janowska, która zrzesza malarzy amatorów, tworzących w podobnym duchu. Już kilka lat temu bardzo chciałem poprosić przedstawicieli tej grupy o użyczenie fragmentu obrazu, ale dojście do nich było bardzo trudne. Jednak, dzięki splotowi okoliczności, dzięki mojej żonie, która objęła pewną funkcję, w pewnej miejscowości, udało się nam dotrzeć do galerii, w której wisiały obrazy Ludwika Holesza. Pierwszą rzeczą, jaką zobaczyłem był duży obraz, który zachwycił mnie od razu. Motywy z niego zaczerpnięte przewijały się w clipie „Moonsoon”. Ostatecznie, wraz z jeszcze jednym dziełem Holesza, tworzą okładkę naszej najnowszej płyty. Udało nam się dojść do rodziny, zdobyć odpowiednie pozwolenia. Motywy twórczości śląskiego artysty pojawiają się także na promocyjnych koszulkach. Smutną informacją jest to, że spadkobierczyni twórczości malarza, pani Weronika Holesz dokładnie 18 października, w dniu premiery płyty, zmarła. Warto zaznaczyć, że dzieła Holesza można zobaczyć na całym świecie, nawet Jan Paweł II miał jego obrazy, ma je także królowa brytyjska. A tak zwana obwoźna wystawa malarza aktualnie krąży po Brazylii. Najbliżej nas znajduje się stała ekspozycja w galerii w Jankowicach.

M. Szymańska

Ile włożyliście siebie w najnowszy krążek? Z jakim utworem każdy z Was najmocniej się identyfikuje?

A.P: Dla mnie istotny jest kawałek „The inside planet” – wolny, sentymentalny, opowiadający o wracaniu do przeszłości, o mrzonkach, o chęci narodzenia się w nowym świecie, w świecie pełnym światła. Jest to bardzo miły w odbiorze utwór.

M.Sz.: Powiem tak, przesłuchałem tę płytę po nagraniu już chyba ze sto razy. Nie mam jednego utworu, do którego czuję szczególny sentyment. Mam kilka swoich ulubionych i patrzę na nie pod kątem muzycznym. Bardziej interesuje mnie rytmika, melodia, którą Anka pięknie wyśpiewuje. Mieliśmy jeden numer, który miał być odrzutem, a ostatecznie znalazł się na płycie. Mówię o kawałku, do którego słowa napisał Tomek. Mieliśmy go nie nagrywać, ale nie dlatego, że tekst był niedobry. Brakowało nam pomysłu na aranżację i długo się z nim męczyliśmy, twierdziliśmy, że kompletnie nie pasuje do reszty. W końcu wpadłem na to, żeby gitarę akustyczną wrzucić do tego utworu i rzeczywiście spróbowaliśmy. Efekt był fantastyczny. Brzmi dobrze.

T.S.: Proces nagrywania płyty niesie ze sobą zaskoczenia. Pewne rzeczy, tak naprawdę, dopiero rodzą się w studiu, kiedy mamy możliwość usłyszeć dokładnie jak brzmi całość. Ale odpowiadając na pytanie, dla mnie ta płyta ma ogromne znaczenie. Jest związana z ciężkim okresem w życiu, jaki przeżywałem, co po części odzwierciedla się w kompozycjach. Stąd może są na niej wolniejsze, bardziej melodyjne kawałki. I bardziej smutne momenty niż na „Stereotrip”. Dlatego też w całości potraktowałbym ją, jako dzieło ostatnich lat.

P.C.: A ja bardzo lubię finalny numer na płycie „Wasteland”. Był to ostatni numer, który zrobiliśmy i najprostszy do grania. Łatwo poszło!

M. Szymańska

Najważniejsze, to szukanie czegoś nowego… Jak szybko po wydaniu płyty pojawiają się rozterki, że można było zrobić coś inaczej…?

T.S.: Ja nie słucham swoich płyt, już po wydaniu, bo wiem, że minusy, niedociągnięcia wyłapię od razu. To drażniące, ale jak już klamka zapadła i płyta poszła w świat, nic nie możesz zmienić! Błędy są nie do uniknięcia. Zresztą, można było by zmieniać, grzebać w materiale, cyzelować bez końca. I zapętlić się w tym. Dlatego trzeba wiedzieć, kiedy przestać się starać. Kiedyś z Michałem graliśmy w takim zespole Kurde i jak zaczęliśmy nagrywać płytę w 2013 roku, to jeszcze do dzisiaj jej nie nagraliśmy. Chcieliśmy jak najlepiej, jak najbardziej i to nas zgubiło. Przekonałem się, że trzeba umieć to, co już jest odłożyć na półkę i pozostawić krytykom, recenzentom. Niech sobie słuchają, oceniają. Natomiast lubię wracać do numerów na próbach i zatapiać się w tej muzyce, w naszej skromnej kanciapie.

M.Sz.: Cały proces nagrywania, produkowania tej płyty trwał kilkanaście miesięcy i wydarzyło się dużo rzeczy po drodze. Zaczęliśmy ją rejestrować w lutym tego roku, potem była poddawana obróbce, w czym pomagał nam Daniel Arendarski. Pojawiało się kilka propozycji, kilka wersji. Ostatecznie zaakceptowaliśmy to, co można usłyszeć na „Moonsoon”. Natomiast faktycznie jest tak, jak powiedział Tomek, można dokonywać korekty w nieskończoność, zawsze coś się znajdzie. Natomiast uważam, że wraz z upływem czasu na pewne rzeczy nie zwraca się już uwagi. Odpala się płytę i słucha. I jeśli wraca się do niej, to znaczy, że całość jest całkiem przyjemna w odbiorze. Co więcej, płyta została wydana przez wydawnictwo Musicom, przez dwie fantastyczne kobiety, które działają w tej branży od dawna. Dzięki czemu, obok produkcji Lecha Janerki, czy Anny Marii Jopek, nad którymi także czuwa Musicom, pojawia się Gallileous! I to nas niezmiernie cieszy.

M. Szymańska

Gdy spotkaliśmy się poprzednim razem, nową twarzą w zespole była Ania. Teraz najświeższym „nabytkiem” jest Michał. Ciekawi mnie, jak wspominacie swoje początki w grupie Gallileous. Pojawiliście się w zespole w różnych okolicznościach… Co spowodowało, że chcieliście grać?

T.S.: To ja pierwszy doszedłem do tego zespołu w 1994 roku… więcej rzeczy nie pamiętam. Czym się kierowałem? Chciałem grać, mimo że nie umiałem. Ale miałem takie ustrojstwo co się nazywa tuner, można tym nastroić gitarę. Gallileous wchodził do studia z zamysłem nagrania drugiego dema. Zaprosili mnie więc na próbę z tym tunerem, który chcieli wykorzystać. I jak już przyszedłem, tak zostałem. Pamiętam, że było wtedy zimno… a potem pojawił się Paweł.

P.C.: Dołączyłem do chłopaków w 2005, ale to nie był Gallileous, bo on się jeszcze nie reaktywował. Przez chwilę nazywaliśmy się Cenzor. Zadzwonił do mnie kolega Krzysztof Winkler i zapytał, czy chciałbym sobie pograć. Od tego się zaczęło, potem wrócił Mirek Cichy, nasz były perkusista, wróciliśmy też do pierwszej nazwy.

A.P.: Przyszłam na pierwszą próbę i stwierdziłam: żenada! Już więcej tu nie wrócę! Ale w kolejnym tygodniu pomyślałam sobie: może wszyscy byli zestresowani, może nie wyszło tak, jak miało wyjść, dam sobie i chłopakom jeszcze jedną szansę. I pojechałam do nich ponownie. Na tej drugiej próbie nagraliśmy dwa kawałki: „Sonic Boom” i „Born into space”. Poczułam, że w zespole można rozwinąć skrzydła, że ten klimat jest dla mnie. Śpiewałam w wielu kapelach, bardzo rożnych pod kątem stylistycznym. A teraz jest disco doom!

M.Sz.: Do mnie napisał Tomek, to był wrzesień 2016 roku. Początkowo chodziło o zastępstwo, bo Gallileous miał przed sobą trasę, sześć koncertów, których Mirek, ówczesny perkusista zespołu nie mógł zagrać. Zgodziłem się, to było świeżo po nagraniu płyty „Stereotrip”. Uznałem, że brzmi fajnie, że ma potencjał. W kolejnym roku graliśmy wspólnie w Anglii. Gdyby zespół pozostał w gatunku, który grał wcześniej, to nie wiem, czy bym się zdecydował. Ale takie brzmienie bardzo mi odpowiada. Uważam też, że Ania bardzo dużo wniosła do grupy, jej wokal to największy atut zespołu.

Działacie od blisko 30 lat, na historię zespołu składają się lata grube i lata chude. Nie brakowało przerw w graniu, rozstań… zmieniły Was te doświadczenia? A może czegoś nauczyły?

T.S.: To nie tylko zespół, ale ogólnie – życie wiele nas nauczyło. Doświadczyliśmy bardzo wiele, dołączyłem do grupy, gdy miałem lat siedemnaście, teraz mam 42, więc wydarzyło się w moim życiu sporo. Muzykowanie w zespole nauczyło mnie tego, że trzeba oddawać innym pole manewru, żeby każdy w zespole czerpał satysfakcję z tego, co robi. Nauczyło mnie, by nie być tyranem, nie upierać się. Czasem trudno odpuścić, ale wiemy, że do tego trzeba dążyć. Tym się kierujemy, stąd taka zmiana stylów, nie upieramy się, że gramy tylko to i to. Pytasz nas o rodzaj muzyki, próbę sklasyfikowania tego, nie umiemy odpowiedzieć, bo nie upieramy się przy jednym. Życie płynie, przynosi nowe doświadczenia i one odzwierciedlają się w nowych efektach naszego działania. Dwie osoby, które były w pierwszym składzie, już nie żyją… Nie chcę zagłębiać się w prywatne historie, ale zapraszam na WinoBranie, gdzie w kuluarach klubu Amber, w luźniejszej atmosferze można będzie powspominać Krzyśka Winklera, Grześka Lasotę, Marka Wujka, który był blisko z nami, czy Tomka Brańkę, który jeździł na każdy koncert i był taką radosną duszą towarzystwa.

Otóż to, Krzysztof, Tomasz to osoby, którym dedykujecie muzyczne wydarzenie WinoBranie, kolejna edycja już 16 listopada w klubie Amber. Kogo tym razem zaprosiliście?

T.S.:Wcześniej festiwal nazywał się BraniaFest, a nazwa odnosiła się do Tomka, ale gdy w 2014 roku odszedł Krzysio, dodaliśmy jego ksywę Wino i to złożyło się na WinoBranie. 16 listopada widzimy się ponownie. Zaprosiliśmy Spaceslug, supermasywny stoner doom z Wrosławia, grupę Andromeda Space Ritual z pogranicza psychodelic, space rock i In2Elements, jednoosobowy projekt, za którym stoi Adam Szopa, z gatunku post rock, instrumental. No i my pojawimy się w pełnym wydaniu.

M. Szymańska

Na koniec zapytam, czym jest The Zen of Screaming?

A.P.: To jest taki rodzaj śpiewu, który pozwala śpiewać agresywnie, ale nie szkodzi strunom głosowym. Można się wydzierać, ale nic złego nie dzieje się z głosem. Można swobodnie przeskakiwać z czystego wokalu na fry, oczywiście jak się tę technikę zgłębi. Troszeczkę trwa, nim nabędzie się nowych przyzwyczajeń. Nie trzeba się spinać, zdzierać gardła, a wręcz przeciwnie należy się uspokoić, wyciszyć i wtedy wychodzi tak, jak powinno. Właściwie większość technik da się opanować, wytrenować. Stąd też coraz więcej osób śpiewa „zanieczyszczonym” głosem. Wystarczy zapisać się do odpowiedniego nauczyciela i ćwiczyć!

Dziękuję za rozmowę.

Skomentuj wpis jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • FOTORELACJE

  • grudzien październik wrzesien