brama

Napisane przez: lena 16-10-2020

Opowieść, która daje nadzieję

Kolory, zapachy, dźwięki, wtóre sytuacje bywają impulsem uruchamiającym lawinę wspomnień. Nierzadko stają się nim konkretne miejsca. I choć upływający czas nadał im już nowego znaczenia, w pamięci niektórych jawią się zgoła inaczej.

Dla wielu z nas budynek wodzisławskiego dworca kolejowego jest miejscem czysto praktycznym – ot, takim, z którego udajemy się w podróż lub też jej punktem docelowym. Owszem, może zachwycać i przyciągać uwagę pięknie odrestaurowaną formą czy wnętrzem, ale nie budzi głębszych emocji. Od ogółu są jednak odstępstwa. Przez lata, w mieszkaniu służbowym ulokowanym na pierwszym piętrze dworca, mieszkała wodzisławska rodzina. Jadwiga Nosiadek, dziś dziewięćdziesięcioletnia jubilatka, wróciła do znanych z przeszłości przestrzeni i skonfrontowała to, co obecnie z zapisem, jaki pozostał w jej pamięci. W tej sentymentalnej podróży towarzyszyli jubilatce prezydent miasta Mieczysław Kieca oraz jej córka Bożena Górnicz.

– Miałam kilka lat, kiedy tata został zawiadowcą na stacji w Wodzisławiu Śląskim. Rodzice – Salomea i Maksymilian Wziontek – przeprowadzili się do dużego, służbowego mieszkania na pierwszym piętrze budynku dworca. W tym mieszkaniu mama urodziła jeszcze dwoje dzieci: w 1935 roku mojego młodszego brata Staśka i w 1939 moją najmłodszą siostrę Terenię – wspomina Jadwiga Nosiadek. – Tata miał wyjątkowo blisko do pracy. Wystarczyło, że wyszedł przed dom, w którym mieszkał. My, dzieci, z okien pokoju mogłyśmy patrzeć, jak stał na peronie i kolejarskim lizakiem dawał maszynistom znak do odjazdu – opowiada. By wspomnieć rodzeństwo wodzisławianki w komplecie, należy wymienić także siostrę Dorę i jej brata Rudika.

Na zdjęciu poniżej spotkanie na dworcu kolejowym.

Kadry z przeszłości

Jak wspomina jubilatka, wejście do klatki schodowej, która wiodła do trzypokojowego mieszkania, mieściło się we frontowej części budynku dworca, obok drzwi do poczekalni i kas biletowych. – W obawie przed nieproszonymi gośćmi, moja mama Salomea zawsze zamykała na klucz wielkie, przeszklone drzwi prowadzące do antryju. Kiedy wracałam po lekcjach do domu, głośnym pohukiwaniem niesionym przez echo wąskiej klatki oznajmiałam swoje przybycie i zanim wbiegłam na piętro, drzwi już były otwarte – opowiada pani Jadwiga.

Atrakcją dla niej i rodzeństwa był szeroki przedpokój z wypolerowaną posadzką, na której ku uciesze najmłodszych, można było ślizgać się jak po lodzie. Jakie kadry przeszłości ponadto zapisały się w pamięci wodzisławianki? Jasna, duża sypialnia rodziców, z szerokim małżeńskim łożem, z ustawionymi przy nim nocnymi stolikami, trzydrzwiowa szafa zajmującą prawie całą ścianę i toaletka z marmurowym blatem oraz dużym, kryształowym lustrem, ustawiona przy oknach wychodzących wprost na peron. – Drzwi na końcu korytarza prowadziły do jadalni, w której rodzice ustawili dębowe meble kupione za wiano mamy. Wystawny kredens z przeszkloną witryną mieścił zastawę stołową. W drugim, jeszcze większym, mama przechowywała obrusy i ręczniki. Na środku pokoju stał stół, przy którym po rozłożeniu mieściło się 12 osób – sięga do wspomnień pani Jadwiga. – Na lewo drzwi prowadziły do obszernej kuchni, w której okna wychodziły na północ. Widać było przez nie z jednej strony fragment dworca, a z drugiej – domy sąsiadów. Poniżej kuchennych okien znajdował się dach dworcowej restauracji – było to najwspanialsze miejsce do zabaw z koleżankami! Wystarczyło usiąść na parapecie okna i ostrożnie zeskoczyć, aby dostać się tam, gdzie nikt inny nie miał dostępu… – dodaje z uśmiechem jubilatka.

Na zdjęciu poniżej jubilatka wraz z prezydentem miasta zwiedza wnętrza dworca.

Czas burzliwy

Zwykło przyjmować się za oczywiste, że wspomnienia z dzieciństwa powinny być pełne pozytywnych skojarzeń. Nie zawsze jednak emocje wyłącznie o takim charakterze składają się na przeszłość. Ciepło domowego ogniska, wsparcie najbliższych, to jedno. Bywa, że świat zewnętrzny z niepowtarzalną siłą potrafi wtargnąć do wnętrza rzeczywistości, jaką sobie stworzyliśmy. I brutalnie stawia nas przed tą inną, niepewną i nieprzyjazną. Z taką sytuacją zmierzyć musiała się malutka wówczas Jadwiga Nosiadek – ona wraz z mamą, tatą i rodzeństwem. Koniec sierpnia 1939 roku nie zwiastował niczego dobrego. Rosły obawy o to, co przyniesie przyszłość. – Żywa jeszcze była pamięć ataków gazowych z ostatniej wojny, więc władze nakazały mieszkańcom zakładanie masek podczas próbnych alarmów. Do tej pory pamiętam mamę, jak w kuchni siedzi na stołku z maską zakrywającą całą twarz i obiera ziemniaki do obiadu – zaznacza pani Jadwiga.

Stało się, wojna wybuchła. Jak wspomina wodzisławianka, Władze Kolei Państwowych zdecydowały, że rodziny kolejarzy będą ewakuowane jak najdalej na wschód. Specjalny pociąg, do którego miał dołączyć wagon z rodzinami kolejarzy z Wodzisławia, planowano wysłać z Katowic do Turki nad Stryjem. – Tato przekazał tę informację mamie i polecił jej jak najszybciej spakować dzieci: trzynastoletnią Dorę, jedenastoletniego Rudika, dziewięcioletnią Jadzię, czteroletniego Stasia, trzymiesięczną Terenię i szykować się do drogi. Zebraliśmy się w sypialni, uklękliśmy przed Krzyżem i wspólnie pomodliliśmy się. Tata ponaglał mamę, a ona zalewała się łzami – sama, z pięciorgiem dzieci musiała udać się w nieznane – opowiada wyraźnie wzruszona Jadwiga Nosiadek. – Kilka tobołków z zapasami żywności i ubraniami na zmianę rodzice wynieśli z mieszkania na peron… Tata uściskał mamę po raz ostatni i za chwilę ze łzami w oczach patrzył, jak odjeżdżamy… Zostaliśmy skierowani do przedziału, w którym siedziały już dwie, eleganckie panie. Mówiły, że mieszkają w Turce i zaproponowały nam gościnę – dodaje.

Jak dalej przebiegały losy wodzisławskiej rodziny? Zaczęły się naloty i bombardowania. Niemcy dotarli już do Przemyśla i 15 września wkroczyli do miasta. Nikt wcześniej nie wiedział, że Niemcy i ZSRR podpisali wcześniej pakt o nieagresji, a dołączony do niego tajny protokół podzielił Polskę wzdłuż rzeki San i Bug na dwie strefy okupacyjne: niemiecką i radziecką. W ten sposób Turka, która miała być bezpiecznym azylem dla uciekających przed działaniami wojennymi, nieoczekiwanie znalazła się w strefie radzieckiej, a Polacy tam ewakuowani znaleźli się poza granicą własnego państwa, które i tak było już zajęte przez hitlerowskie wojska. Sytuacja uchodźców stawała się coraz bardziej dramatyczna. – Pewnego razu, kiedy poszłam po przydział żywności, pani Lyskowa, sąsiadka z Wodzisławia przekazała wiadomość, żeby następnego dnia mama z nami zgłosiła się w bursie, bo będą tam podstawione dwie ciężarówki – jedna przeznaczona dla kobiet i dzieci, a druga dla mężczyzn. Uchodźcy mieli być przewiezieni w głąb Rosji. Obwialiśmy się najgorszego – dzieli się wspomnieniami wodzisławianka.

Los okazał się jednak łaskawy dla wodzisławskiej rodziny. Ojcu pani Jadwigi udało się uzyskać dokument pozwalający na powrót żony i dzieci. Sam też dotarł do Turki, gdzie poznał Iwana, który znał język niemiecki i rosyjski. Z jego pomocą przetransportowano rodzinę, jak i innych, do Przemyśla, gdzie funkcjonowało przejście graniczne między terenami zajętymi przez Niemców i Rosję. Granicę stanowiła rzeka San przepływająca przez środek Przemyśla. – Rosjanie codziennie sporządzali listę osób uprawnionych do przejścia na drugą stronę. Iwan starał się dopomóc naszemu tacie Maksymilianowi, sprawdzał, jak wyglądają sprawy, ale początkowo przynosił tylko złe wiadomości, że jeszcze nasze nazwiska na liście nie widnieją. W końcu udało się! My, dzieci, z przodu, nasi rodzice za nimi, posuwaliśmy się wolno, jeden za drugim, modląc się, żeby tylko nas nie rozdzielili… W komplecie przekroczyliśmy granicę, a tam już oczekiwały na nas siostry niemieckiego Czerwonego Krzyża. W czystych, białych, wykrochmalonych fartuchach były dla nas, brudnych i sponiewieranych tułaczką, jak zjawiska nie z tej ziemi. Po zjedzeniu posiłku wsiedliśmy z innymi wodzisławianami do autobusu i zawieziono nas pod sam dom, na dworcu kolejowym – i tutaj dowiedzieliśmy się, że Wodzisław to teraz Loslau… – z emocjami opowiada pani Jadwiga. Już nic nie było takie, jak wcześniej. – Weszliśmy do mieszkania, a tam przywitał nas Niemiec w mundurze SS, zasalutował i powiadomił rodziców, że od tej pory w tym domu będzie się mówiło wyłącznie po niemiecku. Okazało się, że zajął już jeden z pokoi i na bieżąco nadzorował czy wykonujemy jego polecenie i czy tata zapisał nas do niemieckiej szkoły – puentuje jubilatka.

Czas stabilizacji

Pełną wzruszeń osobistą historią pani Jadwiga chętnie dzieliła się podczas spotkania na dworcu kolejowym, które miało miejsce 10 października. Był to ważny moment w jej życiu. Zupełnie inne wnętrza pozwoliły wrócić pamięcią nie tylko do dojmujących doświadczeń wojennych, ale i stały się impulsem do sięgnięcia po wspomnienia pełne radości i czułości. Pozwoliły jej „wrócić” w objęcia rodziców, do beztroskich chwil spędzanych wspólnie z rodzeństwem. W końcu nadały też koloru i wyrazistości obrazom z przeszłości, dzięki czemu linia kreśląca historię życia pani Jadwigi nabrała ciągłości. – Przeżycia Mamy z czasów wojny odcisnęły na na niej niezatarte piętno. Pamiętam, od moich najmłodszych lat, że podczas każdych swoich urodzin i podczas rodzinnych spotkań z okazji świąt, opowiadała o ewakuacji do Turki nad Stryjem w 1939 roku, o ucieczce przed frontem w 1945 roku i powrotnej tułaczce spod Drezna. Dopiero kiedy dorosłam, tak naprawdę dotarło do mnie, co moja Mama przeżywała jako dziewięcioletnie dziecko, a później piętnastoletnia dziewczyna. Uświadomiłam sobie też, że krzyż, który stoi na nocnej szafce obok mego łóżka, to ten sam krzyż, przed którym klęczała z rodzeństwem i rodzicami prosząc Boga o opiekę w czasie ewakuacji – zauważa Bożena Górnicz, córka.

Co wydarzyło się w życiu wodzisławianki po ciężkich doświadczeniach? Po zdaniu matury w Liceum Powstańców w Rybniku pani Jadwiga pracowała w biurze Fabryki Wyrobów Tytoniowych w Wodzisławiu Śląskim. Do 1956 roku mieszkała w środkowym budynku kolejarskim przy ul. Rybnickiej. Po wyjściu za mąż, co miało miejsce w 1955 roku i po urodzeniu córki Bożeny, przez dwa lata mieszkała w Krakowie. Tam na uczelni pracował jej mąż, Zygmunt. Tęskniła jednak za rodzinnymi stronami i ostatecznie wszyscy przeprowadzili się do Krzyżkowic. Urodziła jeszcze dwóch synów: Romana i Mariana. Mąż Zygmunt pracował jako nauczyciel w Szkole Górniczej w Pszowie, a pani Jadwiga z wielkim poświęceniem zajmowała się dziećmi i domem. Pieczołowicie dbała o ciepło domowego ogniska. Po przejściu męża na emeryturę, powróciła do swojej młodzieńczej pasji, czyli do śpiewu. Wspólnie zaangażowali się w działalność chóru „Cecylia”. Warto zaznaczyć, że wcześniej latach 50-tych należała do wodzisławskiego chóru „Wiosna”. – Razem z chórzystami wyjeżdżali na liczne koncerty, brali udział w nagraniach w Polskim Radiu. Niestety, śmierć taty zakończyła ten szczęśliwy okres ich wspólnego życia. Po 40 latach pobytu w Krzyżkowicach mama zamieszkała ze mną, w Radlinie Górnym, gdzie spędziła kolejne 20 lat, ciesząc się systematycznie powiększającą się rodziną. Doczekała się ośmiorga wnucząt i 11 prawnuków. Jeszcze na wiosnę, przed rozpoczęciem pandemii, samodzielnie wybierała się na „wycieczki” autobusem do centrum Wodzisławia i tej atrakcji najbardziej jej teraz brakuje – dzieli się historią mamy córka Bożena Górnicz. – Mama imponuje mi tym, że radziła sobie we wszystkich trudnych sytuacjach życiowych. Najpierw, z dnia na dzień, trafiła do niemieckiej szkoły podstawowej, a potem, po jej ukończeniu, w ciągu pół roku rozpoczęła naukę w polskim liceum. W efekcie zdała i małą i dużą maturę. Zawsze dążyła naprzód, mimo rozlicznych problemów i nie poddawała się nigdy przeciwnościom losu – zaznacza z dumą córka.

Między innymi niezłomność charakteru, pasja, aktywność, wsparcie najbliższych pozwoliły jubilatce doczekać wspaniałego wieku. Historia jej rodziny do opowieść, która daje innym nadzieję. Pokazuje, że trud „przeplata się” z lepszym. A często tego drugiego jest w życiu o wiele więcej.

Opracowała Magdalena Szymańska, zdjęcia Anna Szweda-Piguła

Skomentuj wpis jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • FOTORELACJE

  • pażdziernik wrzesień sierpien