brama

Napisane przez: lena 28-02-2020

Nie dystansuję się i nie wymądrzam

Z pełnym przekonaniem mówi, że jak w życiu robi się to, co się kocha, to się nie pracuje! W drugim człowieku docenia poczucie humoru i zdystansowanie się do własnej osoby. Jest inspiracją dla młodych adeptów sztuki aktorskiej i nieustannie sprawdza się na scenie. Mowa o Oldze Borys, która swym kunsztem zachwyciła wodzisławską publiczność. Aktorka w towarzystwie Marka Pitucha oraz Jakuba Wonsa, za sprawą sztuki „Żona do adopcji” trafnie pokazała, co drzemie w małżeńskich relacjach.

Poprzez pryzmat swojej profesji miała Pani wielokrotnie okazję przyjrzeć się kobiecej naturze. Zatem, jaki obraz kobiety rysuje się w sztuce?

Olga Borys: Rozpiętość wachlarza kobiecej natury jest ogromna. To są bardzo różne kobiety, od naiwnych, młodych, walczących o dobro, aż do zgorzkniałych, z bagażem przeżyć, kompletnie nie nadających się do kontaktu z innymi ludźmi. Kobieca natura jest tak niejednoznaczna, że mówienie o niej w kilku zdaniach to kropelka w morzu tego, o czym można by poopowiadać.

Która z ról, w jaką miała Pani okazję się wcielić, była najbardziej wymagająca?

Trudno wybrać jedną… Najbardziej śmieszna była historia jak reżyser „Porad na zdrady” Ryszard Zatorski zadzwonił do mnie z propozycją roli nimfomanki i zaznaczył, że pomyślał o mnie, bo chce, żeby nie była to postać oczywista. Bardzo mnie rozśmieszyła ta oczywista nieoczywista seksoholiczka… Wymagająca rola nie tyle tyczy się natury kobiecej, ile w ogóle podejścia do zawodu. Na przykład w programie „Twoja twarz brzmi znajomo” wylałam dużo potu, pracy nad każdym utworem, nad każdą śpiewającą postacią. Ostatnio zawodowo mam bardzo intensywny czas, od września do początku stycznia, do premiery musicalu w warszawskim Teatrze Komedia „Atrakcyjnej wdowy” nie miałam wolnego dnia. Myślałam, że tego nie przeżyję, bo przecież każdy z nas potrzebuje chwili, by wyczyścić głowę, by oderwać się od obowiązków. Ale nie miałam ku temu okazji. Później pracowałam nad dwiema sztukami jednocześnie… Byłam przemęczona, ale jednocześnie – ponieważ uwielbiam to, co robię – pozytywnie zakręcona tym wszystkim, co się wokół mnie działo. Co więcej, w tym czasie co poniedziałek prowadziłam zajęcia z młodzieżą w studium przy Teatrze Jaracza w Olsztynie oraz współreżyserowałam i grałam w „Bierkach” według powieści Marcina Szczygielskiego. Wszystko to było absolutnie absorbujące…. Rano próby w Warszawie, w pędzie wsiadałam w samochód i gnałam do Olsztyna. A pomiędzy, trafiały się wyjazdowe spektakle, tak jak to w Wodzisławskim Centrum Kultury. Właściwie od trzynastu lat jestem w trasie i póki co miałam takie szczęście, że każdy spektakl dostarczał mi wiele powodów do zadowolenia. Zatem, nie narzekam, cieszę się, że mam tyle pracy. Aktorstwo daje mi satysfakcję. Jak jest praca to jest spełnienie i pieniądze, jak jej nie ma – przychodzi frustracja.

I mimo tego absolutnego zaangażowania nie żałuje Pani, że wybrała tę, a nie inną zawodową drogę?

Nie. Jak w życiu robi się to, co się kocha to się nie pracuje! Spełniam się zawodowo, rozwijam. Aktorstwo nadal mnie fascynuje.

Wspomniała Pani, że pracuje z młodymi ludźmi, jak obraz aktorstwa im Pani przedstawia?

Staram się im pokazywać wszystkie aspekty tego zawodu, dawać przykłady, z których każdy będzie mógł coś dla siebie wybrać. Uczę piosenki aktorskiej. Sztuka ta wymaga dyscypliny i aktorskiej, i wokalnej. W krótkich formach trzeba odnaleźć emocje i z nich uczynić niewątpliwy walor. Włożyć w nie jak najwięcej człowieka i zinterpretować tenże utwór. A to wymaga uwagi. Udało mi się z drugim rokiem przygotować bardzo ciekawy egzamin zimowy, z którego jestem dumna. Oni świetnie pracowali. Kolejny egzamin zamierzamy przygotować z tekstów Artura Andrusa. W tym egzaminie chcę zawrzeć nie tylko śpiew i scenki aktorskie, ale i układy taneczne. Stąd też w jednym utworze zainspirujemy się Bollywood, w innym tańcem zombie z utworu „Thriller” Michaela Jacksona. Będzie się działo. Pomysł się spodobał. Uwielbiam tę młodzież, odwzajemniają się ogromnym zaangażowaniem. Są fantastyczni. Z pomysłem trafiłam w punkt. Mam szczęście móc pracować z osobami, którym się chce! Stawiam pierwsze kroki w pedagogice i jestem zachwycona chęcią tych młodych ludzi. Bawię się z nimi jak dziecko. Nie dystansuję się, nie wymądrzam. Bardzo się angażuję, przyznaję do błędów, co wydaje mi się uczciwe wobec mnie samej i wobec nich. Być może dlatego też nasza wspólna praca układa się tak dobrze.

Jest Pani niewątpliwie inspiracją dla owych młodych ludzi, a kto był nią dla Pani? Zwłaszcza na początku aktorskiej drogi…

Od małego chciałam być aktorką i to swoje marzenie dziecięce spełniłam. Inspiracji szukałam na przykład w starych filmach. Kochałam „Pożegnania” z Gustawem Holoubkiem. „Rękopis znaleziony w Saragossie” oglądałam wielokrotnie i podziwiałam kunszt aktorskich osobowości zaangażowanych w ten film. Uwielbiałam kino amerykańskie. Z uwagą przyglądam się kreacjom wybitnego Ala Pacino. On nawet czarne charaktery gra z taką specyficzną wewnętrzną jasnością… Podziwiam też mrocznego Roberta De Niro. W szkole teatralnej ogromną inspiracją był dla mnie Jan Machulski, dobry duch moich studiów. Troszkę już poodchodziło tych fantastycznych ludzi… Co też świadczy o tym, że ja nie jestem na początku swojej kariery…

A rodzice popierali Pani wybory?

Zawsze popierali, chociaż mama nie była zadowolona i kiedy dostałam się do szkoły teatralnej to jakby się trochę obraziła, bo myślała, że to raczej będzie wygłup z mojej strony, a nie poważna decyzja. Mama sądziła, że pójdę w jej ślady. Widziała we mnie ekonomistkę, tym bardziej, że uczyłam się w klasie o profilu matematyczno-fizycznym i byłam dobrą uczennicą. Teraz przychodzi to teatru, ogląda mnie, ale przesadnie nie fascynuje się tym, co robię. To bardziej mój ojciec interesował się sztuką, miał w Warszawie swój ulubiony Teatr Kwadrat czy Teatr Studio, do których zaglądał. Spełniając poniekąd marzenia ojca przez chwilę związałam się z Teatrem Studio, ale nie zagrzałam w nim miejsca. Współpracowałam z Kwadratem i do tej pory współpracuję z Teatrem Komedia.

Zdarzyło się Pani odrzucić propozycję zagrania w sztuce?

Na szczęście udawało mi się angażować tylko w takie przedsięwzięcia, co do sensu których miałam pełne przekonanie. Warto sobie uzmysłowić, że nie zawsze jest to możliwe i nie każdy ma taki komfort, by móc powiedzieć „nie, dziękuję”. Co prawda, na początku mojej kariery zaproponowano mi taką rólkę, która sprowadzała się do niewiele niewnoszących w całość treści erotycznych, kompletnie niepotrzebnych. Sceny te w żadnej mierze nie rozwijały postaci, jaką miałam zagrać, stąd tę rolę odrzuciłam. Poza tym… nie zagrałabym czegoś z przymusu, nie chciałabym być wmanipulowana w treści polityczne. Wolę oddzielać pracę od przekonań. Za dużo jest teraz hejtu i nienawiści, trudno ten proces zatrzymać. Nie lubię jak niektórzy koledzy oceniają innych przez pryzmat zawodowych wyborów takich, a nie innych. Tego, czy występują w takiej, a nie innej telewizji. Coś jest z naszym społeczeństwem nie tak, zagalopowaliśmy się w tych osądach. Nie mogę pojąć tej lawiny nienawiści. Jestem ciekawa, czy ten konflikt można by zatrzymać, czy też może musimy upaść, by stworzyć coś na nowo. Parafrazując Norwida: Polacy są narodem cudownym, a społeczeństwem kiepskim… Szkoda, że z tych wielości spojrzeń, różnorodności, nie możemy uczynić naszej wspólnej zalety.

Odkładając na bok Pani zawodowe zaangażowanie proszę powiedzieć, która z życiowych ról wymaga od Pani najwięcej?

Matka! Cały czas wydaje mi się, że tę rolę gram zbyt słabo. Jestem matką na walizkach, matką na telefon. Nie mogę od razu reagować na to, czego ode mnie moje dziecko oczekuje. Córka ma lepszy kontakt z moim mężem, Wojtkiem. Ale przyznam, że u mnie było podobnie. Zawsze lepiej dogadywałam się ze swoim tatą. Rola matki wymaga cierpliwości, której mi bardzo często brakuje, wymaga zrozumienia. Dla mnie na przykład bardzo trudne są sytuacje, gdy skupiam się nad czymś, gdy muszę coś zrobić i nagle moje dziecko ma miliard pytań do mnie… Wiem, że gdy oderwę się od swoje pracy, to w gruzy pójdzie to, co już w nią włożyłam. Będę musiała zaczynać od początku. Ale z drugiej strony nie chcę zawieść swojej córki… Wiem, że będzie miała do mnie pretensje, żal o to, że nie poświęcam jej wystarczającej uwagi… Usłyszę od niej, że nie chcę jej pomóc… to troszeczkę emocjonalny szantaż. Dzieci to są potwory i wszyscy to wiemy!

Wiemy, sami nimi byliśmy! Chciałaby Pani, żeby córka zajęła się aktorstwem?

Nie zajmie się! Ma swoje sprawy, jest ambitna, dobra z matematyki, lepsza ode mnie. To ją kręci. Szuka swojej ścieżki i ja dam jej wolność wyboru. Co prawda robiłam jej „podprogówkę”, sugerując, by wybrała bardzo dobre warszawskie Liceum im. Stefana Batorego. Od małego jej wmawiałam, że to jej liceum. W okresie buntu sugerowała mi, bym sobie ten pomysł wybiła z głowy, ale niedawno usłyszałam, że wybiera się tam na dzień otwarty, więc może nie wszystko stracone. Zobaczymy. Oczywiście wspominam o tym tak półżartem, córka może robić co chce. Ona wie, że jak sobie pościele, tak się wyśpi. Sama musi swoje życie ogarnąć. To jej przyszłość. Ja też wychodziłam z takiego założenia. Świadomie dokonywałam wyborów. Moją mamę kompletnie nie interesowało to, jak się uczę, bo ja się po prostu uczyłam i tyle. Ona o tym wiedziała. Ojciec mi czasem pomagał na przykład w nauce języka rosyjskiego. I to na tyle dobrze, że przed maturą po rosyjsku chyba nawet myślałam. Wspierał mnie. Bywało, że np. z fizyki najpierw sam musiał się czegoś nauczyć, a potem mi to tłumaczył. 

Co takiego daje Pani scena?

Sporą dawkę aktywności fizycznej! Pytano mnie kiedyś, czy dużo ćwiczę… Otóż jak założę buty na obcasie, jak pobiegam na nich w kółko przez kilka godzin, to mam już dosyć. I gdyby jeszcze po tym wszystkim ktoś kazał mi iść na siłownię, chyba bym go udusiła… Spalam bardzo dużo energii podczas spektaklu i prób. Scena wymaga innej aktywności, innej koncentracji. Nie można tego porównać z niczym innym. Emocje, które nam aktorom towarzyszą, są tak ogromne, że gdybym podczas spektaklu wbiła sobie gwóźdź w stopę, to pewnie nawet bym tego nie poczuła! Adrenalina opada dopiero po zejściu ze sceny. Poza tym to moja praca, którą szalenie lubię. Ona mnie nie stresuje, jedynie tremę odczuwam przed spektaklami, które nie są jeszcze do końca poukładane, przepracowane, czyli zwykle przed premierą. Nie stresuje mnie nawet sytuacja, gdy z monologiem staję przed kilkutysięczną publicznością. Konfrontując się z nimi, w zamian otrzymuję niebywałą dawkę energii!

Właściwa osoba na właściwym miejscu…

No, powiedzmy, że tak.

Istnieje coś takiego jak wzór kobiecości?

Oj, nie ma czegoś takiego. Każda z nas jest różna, każda z nas ma w sobie ogromną wartość. Bardzo lubię oglądać koleżanki aktorki, uwielbiam cudowny uśmiech Joanny Brodzik, podziwiam dystyngowany sposób bycia Beaty Tyszkiewicz przy jednoczesnym jej poczuciu humoru i błyskotliwości. Na kobiecą naturę składa się wiele aspektów, ale ja przede wszystkim cenię u kobiet ich dystans do siebie. Bo uroda, fizyczność, wcześniej czy później przemija. Dbanie o siebie jest super sprawą, ale im bardziej mamy świadomość, że warto równolegle rozwijać naszą duszę, tym lepiej. Ta kwestia dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn.

Rozmawiała Magdalena Szymańska

Skomentuj wpis jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • FOTORELACJE

  • marzec luty styczen