brama

Napisane przez: lena 07-11-2019

Meandruję między ciszą a dźwiękami

Kocha wiolonczelę i… ciszę. Uwielbia koncertować przed wodzisławską publicznością, nieustannie wzbogaca się o nowe muzyczne doświadczenia, a także edukuje innych. Od zawsze była pewna, że chce grać i z powodzeniem realizuje swoją pasję. Mowa o Paulinie Kulej, wiolonczelistce, która swą artystyczną wrażliwością zachwyciła słuchaczy podczas ostatniej edycji Wodzisławskiego Festiwalu Muzyki Kameralnej i Organowej „Muzykon”.

Redakcja: Muzyka nie pojawiła się w Pani życiu przypadkiem…

Paulina Kulej: Nie, nie pojawiła się przypadkowo. Zamiłowanie do muzyki jest naszą rodzinną tradycją i to zarówno ze strony mamy, jak i ze strony taty pojawiały się osoby, które grały. Moja mama uczy gry na fortepianie, a tata, choć został architektem, również dobrze gra na tym instrumencie. Muzyka była i jest nieodłączną częścią naszego życia, za co jestem rodzicom bardzo wdzięczna. Oni byli dla mnie od zawsze ogromnym wsparciem. To, że jestem muzykiem, wyszło zupełnie naturalnie. Wpierw, gdy miałam pięć lat próbowałam swoich sił na fortepianie, po roku na skrzypcach, dwa lata później moje serce skradła wiolonczela. I tak już zostało. Wiolonczela jest instrumentem, który najbardziej przypomina głos ludzki. Ma podobny rejestr, dzięki temu tak naturalnie odzwierciedla nasze emocje.

A skąd taki wybór?

Żartobliwie wspominam, że jako dziecko nie znosiłam ćwiczyć na stojąco na skrzypcach, za to szybko zapałałam sympatią do wiolonczeli. Dziś nie wyobrażam sobie gry na innym instrumencie, choć to trudna ścieżka rozwoju. Jest sporym wyzwaniem, wymaga systematyczności, a w późniejszym czasie ogromnej wytrwałości i nie poddawania się na rynku pracy. Jest wielu muzyków, atmosfera nie zawsze jest sprzyjająca. Najtrudniej było tuż po zakończeniu studiów, w chwili, gdy pasja, wyobrażenie o karierze zderzyły się z codziennością. Nie każdemu udaje się znaleźć pracę taką, jaką by chciał. Ja miałam wiele szczęścia. Jeszcze w trakcie studiów zostałam zatrudniona w Państwowej Szkole Muzycznej I stopnia im. Wojciecha Kilara, za co jestem bardzo wdzięczna, bo to wspaniałą szkoła i wyjątkowa kadra! Mile ją wspominam szczególnie z okresu dzieciństwa. Właśnie to miejsce przepełniło mnie miłością do muzyki na wszystkie późniejsze lata. Polecam ją wszystkim rodzinom, wierzę, że edukacja muzyczna na takim poziomie wnosi dużo dobrego w rozwój dziecka.

Z punktu widzenia nauczyciela, jakie trzeba mieć predyspozycje, by w ogóle rozpocząć przygodę z muzyką? Która rola jest bardziej wymagająca – bycie uczniem czy nauczycielem?

Myślę, że pierwsze kroki stawiane w świecie dźwięków są dla każdego. Nauka muzyki gwarantuje wszechstronny rozwój, zatem warto, by każde dziecko spróbowało swoich sił. Edukacja w szkole muzycznej wymaga jednak pewnego poświęcenia ze strony rodziny. To zajęcia dość skomplikowane czasowo, z którymi dziecko bez pomocy najbliższych może sobie po prostu nie poradzić. Wzorcowa edukacja powinna opierać się na współpracy rodzica, nauczyciela i ucznia. Wiąże się to z wieloma obowiązkami, które kształtują charakter dziecka. Jeśli w przyszłości adepci szkół nie zostaną muzykami, to bez wątpienia pozostanie w nich wrażliwość na sztukę i umiejętność dobrej organizacji czasu. Która rola jest bardziej wymagająca? Każda wiąże się z czymś innym. Minęło kilka lat odkąd pracuję, a mimo to często obserwując reakcje dzieci automatycznie przypominam sobie swoje własne. Rola nauczyciela wiąże się z dużą odpowiedzialnością. Staram się wypracować własny sposób dotarcia do młodych osób. Na początku muzycznej drogi wiolonczela jest wymagającym instrumentem. Pianino ma klawisze, gitara progi, a wiolonczeliści sami muszą szukać dźwięków na gryfie. Dzieci łatwo mogą się zniechęcić. Stąd niezwykle ważne jest, by do każdego ucznia podejść indywidualnie. Zajęcia wiolonczeli to spotkania w cztery oczy i osiem strun. Dzięki temu każde dziecko ma swoją przestrzeń, a nauczyciel szansę, żeby je lepiej poznać.

Każdy artysta pielęgnuje w pamięci wydarzenia piękne, ale i wspomina trudne momenty. Do których wspomnień Pani najczęściej wraca?

Oj, dużo jest takich wspomnień. Pamiętam, jak w ramach zajęć w wodzisławskiej szkole jeździliśmy na koncerty do Czech, grałam też w trio fortepianowym. To były miłe chwile. Wodzisławscy nauczyciele wskazują na muzykę, jako na coś pięknego. W trakcie nauki pod ich okiem nie czuje się uciążliwej presji. Mam porównanie z katowicką szkołą, która choć równie dobra, była swoistą szkołą życia. W niej kształciło się wiele wybitnych uczniów, którzy byli wręcz trenowani, by rozwijać talenty. Dlatego zawsze mam w pamięci tę wodzisławską szkołę, ona emanowała dobrą energią. Miałam wiele okazji, by koncertować w Wodzisławiu Śląskim, również wspólnie z muzykami Filharmonii Śląskiej podczas jubileuszu szkoły. Rzecz działa się w Wodzisławskim Centrum Kultury, było to dla mnie ogromne przeżycie. Przyznaję, że kosztowało mnie sporo stresu. Niestety, taką mam naturę, od lat staram się oswajać nadmiar emocji i obaw towarzyszących mi tuż przed występem. Taki los muzyka – nie wystarczy być dobrze przygotowanym, trzeba umieć zaprezentować to przed publicznością. Czasami zazdroszczę plastykom tego, że nie muszą tworzyć na żywo. Jednakże coraz mocniej doświadczam, że w muzyce piękne jest to, że ona dzieje się tu i teraz. Każdy koncert jest spotkaniem nie tylko z utworem, który się wykonuje, ale również z publicznością. I fascynujące jest to, że tak naprawdę do ostatniego momentu, do ostatniego dźwięku nie wiadomo, co się wydarzy.

foto: arch. Paulina Kulej

Czym dla Pani jest muzyka?

Jest przestrzenią piękna, spotkaniem z drugim człowiekiem, ciągła przygodą. Nie wyobrażam sobie bez niej życia! Świat dźwięków jest zwierciadłem emocji. W muzyce można bowiem wyrazić wszystko, co człowieka spotkało. Lubię w muzyce instrumentalnej to, że nie trzeba używać słów, uczucia przelewa się na odbiorcę za pośrednictwem dźwięków. Można mówić osobiście bez zdradzania sekretów. Muzyka staje się wtedy darem, trzeba być szczerym i autentycznym. Najbardziej odnajduję się w muzyce romantycznej, chyba taką mam duszę. Uwielbiam Beethovena, Brahmsa i Szostakowicza. Dzięki rodzicom pokochałam muzykę jazzową. Mama organizuje w Wodzisławiu koncerty jazzowe i cieszę się, że spotkały się z zainteresowaniem.

W muzyce klasycznej także znajdzie się przestrzeń na improwizacje?

Oczywiście. Gramy zawsze z nut, więc niektórzy twierdzą, że to takie proste, że my tylko odtwarzamy co do joty rzecz, która jest już zapisana. Ale nie do końca tak jest. Można powiedzieć, że muzyk jest współtwórcą utworu, który wykonuje. Nutowy zapis to wskazówki, trzeba domyślać się, jakie intencje miał autor. Można o tym czytać, dowiadywać się. Ten sam utwór może być przez każdego muzyka zagrany inaczej. Fascynujące jest dla mnie to, że osoba, która żyła kilkaset lat temu napisała coś, w czym ja dzisiaj odnajduję swoje emocje.

Skoro o emocjach mowa… Jak zapamięta Pani wspólny koncert z Krzysztofem Lukasem w ramach „Muzykonu”?

Było to wspaniałe przeżycie i nasz pierwszy wspólny koncert! Krzysztof Lukas jest wyjątkowym muzykiem i wartościowym człowiekiem. Podziwiam jego osiągnięcia związane z organizacją Festiwalu. Bardzo dobrze wspominam czas naszych prób i koncertu. Wspólne granie pozwala lepiej, z innej strony poznać osobę, z którą się występuje. To bardzo ciekawe doświadczenie. Dodam, że miałam przyjemność zagrać dla wodzisławian na „Muzykonie” już dwa lata temu w towarzystwie Marii Sterczyńskiej, pianistki, pedagog z Akademii Warszawskiej. Niezwykle cieszę się, że mogę występować w moim mieście.

A mówi się, że najtrudniej występuje się na własnym podwórku…

Właśnie dla mnie nie! Otacza mnie wiele osób życzliwych, które pozwalają mi poczuć się jak w domu. Taki koncert to sama przyjemność! Wspaniale, że mamy taki Festiwal. Oczywiście, nie wszyscy słuchają muzyki klasycznej i dla mnie jest piękne, że w jednym mieście są zarówno koncerty jazzowe, komercyjne, jak i klasyczne. I każdy z nich odnajduje swoich odbiorców. Bywa, że miejsce dyktuje, jaki rodzaj muzyki się wykonuje. Tak różnorodne wydarzenia są okazją, by otworzyć się na coś nowego. Jestem pełna podziwu dla osób, które nie są z tej branży, ale przychodzą i słuchają klasyki. Wiem, że nie jest to prosta muzyka, ale jak ktoś się zaangażuje, to znajdzie sposób, by się w niej odnaleźć. Zawsze warto przyjść i przynajmniej spróbować! Nasz świat muzyczny potrzebuje odbiorców. Muzyka bez słuchaczy nie istnieje. Przecież gramy po to, by komuś sprawić przyjemność.

Najważniejszy koncert jest jeszcze przed Panią?

Możliwe, że ten najważniejszy dopiero przede mną. Każdy występ rodzi inne emocje i nie mogłabym wskazać jednego najistotniejszego – wszystkie razem tworzą coś pięknego. Z nostalgią wspominam koncerty oktetu wiolonczelowego, w trakcie moich studiów podyplomowych wykonywaliśmy tanga na osiem wiolonczel w pięknych włoskich miastach. Każdy koncert wzbogaca mnie o nowe doświadczenia, które później mogę wykorzystać. Bardzo sobie cenię, że stale mogę grać i uczyć się jednocześnie. Marzę o tym, by to składało się na moją przyszłość. Chcę dzielić się muzyką i nieustannie rozwijać się.

Trzyma Pani w zanadrzu „plan b” na życie?

Szczerze mówiąc, nie! Zawsze byłam pewna, że chcę grać. Nie patrzyłam zbyt do przodu, najważniejsze było dla mnie to, co tu i teraz. Oczywiście miałam inne zainteresowania… i zbyt mało czasu wolnego, by godzić je z nauką gry na wiolonczeli. Jeździłam konno, tańczyłam u Pani Wandy Bukowskiej w Zespole Pieśni i Tańca „Valdislavia” i uwielbiałam te zajęcia, ale musiałam z nich zrezygnować na rzecz muzyki.

Jakie cechy warto posiadać, by grać?

Bezdyskusyjnie muzykowi potrzebna jest wytrwałość, odwaga i pasja! Te trzy aspekty są najważniejsze. Polecam tę drogę innym. Jeśli ktoś naprawdę kocha muzykę, to powinien próbować, nie poddawać się, mimo wielu trudnych momentów. Myślę, że jest to piękna ścieżka! Ścieżka, która wymaga rezygnacji z innych rzeczy, ale z pewnością warto nią podążać.

A kiedy Pani nie oddaje się swojej pasji, to…

Meandruję między ciszą a dźwiękami. Odpoczywam w ciszy, jestem jej spragniona! Otulam się nią, ona przynosi pokój serca. Szukam jej w medytacji, w górach i w książkach. Wsłuchuję się w dźwięki natury i języków obcych, w głos drugiego człowieka. Cisza zawsze prowadzi do muzyki.

Dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

 

Rozmiawiała Magdalena Szymańska

Skomentuj wpis jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • FOTORELACJE

  • październik wrzesien sierpien