brama

Napisane przez: lena 14-02-2018

Inspiracji szukam wszędzie

Jej prace znaleźć można w wodzisławskiej, krakowskiej czy gdańskiej galerii. Sztuki tej uczyła się samodzielnie – zawzięcie, z zaangażowaniem i wielkim sercem. Mowa o Wandzie Kowalskiej, spod pędzla której wychodzą wyjątkowe ikony.

Redakcja: Jak to się stało, potrzeba tworzenia zdominowała Twoje życie?

Wanda Kowalska: Zamiłowanie do plastyki mam po ojcu i jego rodzinie. Babcia próbowała przez pewien czas malować, była zdolna, tworzyła rękodzieła. Ojciec natomiast miał artystyczną, różnorodną duszę. Zaczynał od pisania wierszy, a skończył na rzeźbieniu ram do luster. Był bardzo kreatywny i różne rzeczy się go imały. I też, podobnie jak ja, nie miał w tym kierunku żadnego wykształcenia. Plastyczne rzeczy towarzyszyły mi już w dzieciństwie. Potem pasja ta zawieruszyła się, aż do momentu, gdy w dorosłym już życiu zaczęłam szukać zajęcia dla siebie. Trafiłam do pewnej pracowni plastycznej w Jaworze. I tak na serio zajęłam się twórczością, w tym malowaniem ikon.

Z jakich powodów postanowiłaś zostać i rozwijać się w tym kierunku?

Prozaiczna rzecz – szukałam pracy. Bardzo spodobało mi się takie indywidualne podejście, jakie w swojej pracowni oferowała jej właścicielka, Alicja Nowak. Pracownia istnieje do tej pory. Trzeba było samemu, od początku do końca, tworzyć. Pierwsze pół roku upłynęło mi na samej nauce. A uczyłam się od zera, więc było trudno. Pamiętam, że pierwszą ikonę, którą chciałam zrobić samodzielnie sześć razy ścierałam, zanim cokolwiek zaczęła przypominać. To było wyzwanie. Od samego początku pracowałam z farbą olejną, a więc inaczej niż tak, jak uczą na warsztatach z tworzenia ikon.

Skąd taki wybór?

Nie wiem czy jest to sposób łatwiejszy czy trudniejszy, natomiast, stwierdziłam, że oleje mnie lubią i to, co robię mi wychodzi. Tej zupełnie pierwszej, własnoręcznie wykonanej ikony już nie mam. Natomiast przy tworzeniu tej, którą powstała już u mnie w domu, za inspirację posłużył mi znaczek pocztowy z Gdańska. Był to żmudny proces. Wtedy nie widziałam też, że drewno będzie pracować, więc jest pofalowana. Podarowałam ją w prezencie Julii Adamczyk.

Jak wygląda proces tworzenia ikon, na co należy zwracać szczególną uwagę, by efekt końcowy spełniał oczekiwania?

Przede wszystkim podczas pracy z ikonami nie można dać się ponieść artystycznej improwizacji. Są ściśle określone kanony, konkretna kolorystyka, ustawanie postaci – jednym słowem wzór, którego należy się trzymać. W każdym razie szukam czegoś, co mi wpadnie w oko lub spodoba się klientowi. Zdarza się, że klienci przychodzą z konkretnym zamówieniem, pytając czy będę w stanie im wybraną rzecz namalować. Sprecyzowanie tematu to zaczątek, punkt wyjściowy do pracy.

Bardzo często mówi się, że ikony się pisze. Natomiast to jest malarstwo tablicowe i technika jest niezmienna – malowanie. Uważam, że określenie „pisanie” ikon wiąże się z religijnym przekazem jaki sobą przedstawiają. Ja je maluję. Dla kogoś, kto zechce mieć moją pracę jest to „pisana ikona”. Bo bazuję na tym, co już kiedyś powstało i staram się to odzwierciedlić. Oczywiście za każdym razem będzie to moja praca. Nie jestem kserokopiarką, na wzorze tylko się opieram.

Najczęściej tworzę na buku, lipie lub sośnie. Pracę zaczyna się od przygotowania deski. Musi być ona odpowiednio wysuszona. To podstawa, bo drewno będzie pracować pod wpływem wilgoci. A więc może popękać, może się wygiąć. Miałam taką sytuację, że klient podesłał mi konkretną, grubą deskę z lipy, która w paczce zwinęła się w precelek. Nie była wysuszona.

Są deski klejone naprzemiennie, z rożnych plastrów i one się nie zginają. Natomiast, gdy mam do czynienia z deską z jednego plastra, to mocuję z tyłu poprzeczne listewki, które zapobiegają wygięciu.

Mamy przygotowane, wysuszone drewno i co dzieje się potem?

Stosujemy podkład. Drewno musi być właściwie zabezpieczone. Pod farbę olejną nakładam podkłady zbliżone z nią – wymieszane z terpentyną lub sykatywą. Bez użycia wszelkiego rodzaju odczynników nie byłabym w stanie tak cieniować i tak ładnie wytworzyć wizerunku, zwłaszcza twarzy. Kolejno zabieram się za pracę ze złoceniami. I tu także potrzeba odpowiedniego podkładu. Do złocenia stosuję albo szalagmetal, ewentualnie płatki złota, albo szlagaluminium. To jest bardzo delikatny materiał, delikatny podmuch sprawia, że wszystko fruwa. Dlatego żartuję sobie, że praca ze złoceniem jest praktycznie pracą na wdechu. Później, gdy za pomocą mikstionu przykleję płatki złota, po wyschnięciu jeszcze kilka razy całość zabezpieczam. Potem zaczynam malować. Każdy z malarzy ma inne oko, inną rękę, przez co ten sam pomysł u różnych artystów wyglądać będzie inaczej. Nie da się pominąć indywidualnych cech.

Jak długo realizujesz zamówienie?

Wiele zależy od wielkości, jak i od stopnia skomplikowania ikony, od tego, z ilu postaci się składa. Proces tworzenia, taki najkrótszy, uwzględniający wyłącznie samo malowanie, uzależniony jest od sposobu wchłaniania się farby. Zbyt porowate drewno wymaga nakładania większej ilości warstw, co może trwać od kilkunastu godzin, do kilku dni. Nie ma opcji, że obraz powstanie w dwie godziny, do tego trzeba cierpliwości.

Która z ikon wywarła na Tobie największe wrażenie?

Jest ich tak wiele, trudno wybrać jedną. Przed oczami mam twarz Chrystusa w Mandylionie, umieszczoną w samej aureoli. To niesamowity wizerunek, zwłaszcza zachwycający jest sposób cieniowania. To jest rzecz, nad którą cały czas pracuję i póki co nie jestem zadowolona z efektów. Jest jeszcze jeden wizerunek Chrystusa – autorstwa Andrieja Rublowa, który zachował się jako pierwowzór w bardzo szczątkowej postaci. Lubię wkomponowywać tą nieco podłużną, postarzałą twarz w kawałki drewna, które same w sobie są już stare. Znajduję w lesie kawałki pniaków, bywa, że wykorzystuję fragmenty, jakie zostały po ognisku. Po oczyszczeniu z sadzy nagle okazuje się, że ta twarz pasuje do nich idealnie. Inspiracji szukam wszędzie. Tworzenie na starych czy wypalonych kawałkach drewna, nie jest zbyt popularne. Drewna iglaste bardzo ładnie komponują się z płomieniem. Żywiczne słoje ulegają utwardzeniu, a miękkie elementy można łatwo wyciągnąć. Wydobywa się serce drewna. To idealny materiał do wykorzystania.

Jak wycenić ikony?

Ceny ikon są zróżnicowane, moje szacowane są od 80 zł w górę. Zamówienia trafiają się często. Współpracuję z klientami w Wodzisławiu Śląskim, ale też w dwóch krakowskich galeriach, w jednej w Gdańsku i Warszawie. Moje prace można było zobaczyć na wystawie ikon i aniołów w Olzie i w Galerii Ciasna w Jastrzębiu Zdroju. Podczas tych wystaw towarzyszyło mi wiele emocji, w tym wielka trema i pytanie czy właśnie tego oczekują inni. Okazało się, że tak, bo wiele z prezentowanych ikon zostało zakupionych zaraz po wystawie, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Zainteresowani mogą zerknąć na moją artystyczną stronę na Facebooku – Wanda Maria Kowalska. Tam znajdą kadry z powstawania ikon, prace archiwalne i nowości.

Zajmujesz się ikonami od 20 lat i ciągle są one dla Ciebie czymś wyjątkowym…

Zgadza się. Praca nad nimi pozwala mi się wyciszyć. Nie sposób z gniewem, silnymi emocjami w sobie podejść do malowania. Zawsze jest taki moment wyciszenia – niektórzy mówią, że się modlą. W moim przypadku to coś na pograniczu medytacji. Miałam w swoim życiu taki trudny moment, nie byłam w stanie w ogóle podjąć malowania. Wtedy to Julia Adamczyk zaproponowała mi, bym wyszła z domu i zaczęła tworzyć u niej. I od tamtej pory związałam się z galerią Tygiel Rozmaitości. To miejsce dla mnie idealne. Jako animator kultury, pomagam też przy różnego rodzaju warsztatach plastycznych, jakie w Tyglu się odbywają m.in.w artystycznych urodzinach gdzie dzieci uczą się kreatywności i poznają różne techniki rękodzieła. Znajduję przyjemność w tym, że swoją wiedzą mogę dzielić się innymi. I cieszy mnie to, gdy widzę jak uczestnicy warsztatów są zadowoleni z tego, co własnoręcznie stworzyli.

Potrafiłabyś robić coś innego. Właściwie, po co obcować ze sztuką?

Oprócz malowania? Trudno mi to sobie wyobrazić. Mam wrażenie, że malowanie będzie ze mną do końca życia, dopóki starczy mi sił i wzrok będzie dobry. Po dwudziestu latach nie widzę odwrotu, więc zakładam, że będzie ze mną, aż do ostatniego ruchu pędzla. To mój sposób na życie i sposób na wewnętrzną harmonię. Jestem uparta, co pomaga mi w życiu i w malowaniu także. Wytrwale dążę do celu. Jestem otwarta, także na krytykę, wszak uczymy się przez całe życie. Każde słowa na temat mojej twórczości analizuję a opinie innych motywują mnie do działania. Do doskonalenia warsztatu.

Wydaje mi się, że każdy człowiek potrzebuje odrobiny piękna w sobie. A takie obcowanie ze sztuką, jak i z naturą, powoduje, że coś w środku nas zmienia się i to jest bardzo ważne. Ten moment wyciszenia, refleksji nad samym sobą powinien docenić każdy człowiek. Jak nam tego brakuje, to jakbyśmy byli niepełni.

Dziękuję za rozmowę.

Skomentuj wpis jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • FOTORELACJE

  • sierpien lipiec czerwiec