brama

Napisane przez: lena 28-10-2020

Artysta powinien być wyrazisty

O tym, jak nie poddać się generalizowaniu, nie dać się zepchnąć w skrajności, jak funkcjonować w zgodzie ze sobą opowiada Tomasz Organek. Muzyk wraz z zespołem gościł na scenie Wodzisławskiego Centrum Kultury.

W nowych aranżacjach, z najnowszym projektem pod nazwą „W nowym świecie” artyści brzmieli znakomicie. Tradycją stało się, że zespół Ørganek w mieście, w którym koncertuje, sadzi drzewo – symbol nadziei na nowy, lepszy świat. Nie inaczej było w Wodzisławiu Śląskim. Patronem drzewa została Wanda Bukowska, pełna wspaniałości kobieta.

Posadziliście z zespołem drzewo, symbol nadziei, taki zaczyn „nowego świata”. Powiedz, na czym miałby osadzać się ten nowy świat? To pytanie o wartości, które mają dla Ciebie znaczenie.

Tomasz Organek: Najważniejsze jest to, o czym śpiewam, czyli wolność i miłość. To dwie podstawowe wartości, z którymi dziś w kraju mamy problem. Wszystko staje na głowie. Te wartości są interpretowane na przeróżne polityczne sposoby. Dzieje się coraz gorzej, bo wolności są nam powoli odbierane. O tym chcę śpiewać i o tym piszę piosenki. Projekt Ørganek „W nowym świecie” jest metaforyczną nazwą dla tej serii koncertów, boleję, że tak krótkiej. Miało być ich dwanaście, a z powodu covidu jest znacznie mniej. „W nowym świecie”, bo zaczęliśmy grać w radiu Nowy Świat, bo tkwimy w świecie, na który, jak się wydaje, nie byliśmy przygotowani. Nie przypuszczaliśmy, że to, z czym mamy do czynienia obecnie, dotknie nas w takim stopniu, więc dziś jesteśmy w nowej rzeczywistości. Oprócz tego, że mamy covid, otoczeni jesteśmy różnymi kryzysami politycznymi, społecznymi. Nie potrafimy się w tym wszystkim odnaleźć. Pojawia się bardzo dużo napięć, dochodzą do głosu skrajne, populistyczne ruchy, które mącą ludziom w głowach. Z drugiej strony na ten „nowy świat” patrzymy też z nadzieją – i te drzewa, które sadzimy w miastach, gdzie gramy koncerty, są właśnie jej symbolem. Symbolem nadziei, którą z uporem maniaka próbujemy w sobie nosić. Nadziei na to, że przyjdzie czas, w którym będziemy się wzajemnie lepiej traktować, gdzie będziemy wsłuchiwać się w głosy innych, a nie narzucać im swoją wolę, gdzie będziemy umieli negocjować zasady funkcjonowania w przestrzeni wspólnej tak, żeby dla każdego było w niej miejsce. Nadziei na świat oparty na tolerancji, na wolnościach osobistych, na pokoju. Może to z pozoru banalne hasła, jednak dzisiaj nabierają wyrazistości i głębokiego znaczenia.

Banalne, co nie oznacza, że nieprawdziwe…

Tak. Dziś, w różnych kontekstach, są bardzo prawdziwe. I bardzo potrzebne. Kiedyś śmialiśmy się z kandydatek pretendujących do tytułu najpiękniejszej kobiety, gdy mówiły, że chcą walczyć o pokój na świecie. No, obecnie to już nie jest śmieszne. Zarzewi konfliktów jest bardzo wiele i nawet pod naszym nosem dzieją się złe rzeczy. Ludzie są pogubieni, wykorzystywani politycznie i to jest bardzo niepokojące.

Warto mieć swoje zdanie, ale bywa, że trudno je wyartykułować, gdy rzeczywistość spycha nas to w jedną, to w drugą stronę. Miejsce na bycie „pomiędzy” wyraźnie się zawęża. Masz pomysł jak się temu nie poddać i nie dać zepchnąć?

To jest dziś bardzo trudne, szczególnie gdy nasze wynegocjowane ze sobą poglądy, ulokowane są gdzieś pośrodku. A to dlatego, że w otaczającej nas rzeczywistości, trudno to centrum znaleźć, ponieważ obie strony spychają się kompletnie w skrajności. Eskalują konflikty i poprzez te eskalacje gubimy równowagę. Im jedna strona bardziej przegina, tym druga staje się bardziej agresywna. Zdaje się, że naprawdę doszliśmy już do ściany, to niebezpieczny moment. Granica i tak została przekroczona. Igranie z ludzkimi emocjami, z przekonaniami tylko po to, żeby ugrać coś politycznie, jest paskudne. Ja się z tym mocno nie zgadzam. Na naszych koncertach próbuję tonować swoją wypowiedź, żeby nie wzbudzać kontrowersji, bo wcale mi na nich nie zależy. Jest ich tak wiele dookoła nas. Potrzebujemy wyciągniętej ręki do drugiej strony i nawoływania do zwykłej rozmowy, szczerego dialogu. Może przestalibyśmy się wyzywać od idiotów, a spróbowalibyśmy jakąś wspólną przestrzeń wynegocjować? Bo wszyscy mieszkamy w jednym miejscu i chcemy mieć trochę swojej wolności – tak samo prawa i lewa strona.

Tak czy siak, jesteśmy na siebie skazani.

Tak. Wszyscy już chyba odczuliśmy, jaki nędzny jest nasz żywot, jak okropnie żyje się w takim zaszczutym, przepełnionym nienawiścią kraju. Jak źle czujemy się sami ze sobą. Jak szukamy ucieczek, wyłączamy komórki, telewizory, bo chcemy chociaż na moment mieć spokój od tej nagonki. A przecież z reguły nie oczekujemy wiele, chcemy w spokoju wychować swoje dzieci, mieć pracę, pojechać na dobre wakacje, móc zadbać o podstawowe rzeczy. A ciągle mąci się nam w głowie. Najbardziej porusza mnie to, że wszystkie poważne tematy, które pojawiają się dzisiaj, wcale nie są poważnie traktowane. I, zdaje się, że nikomu nie zależy, żeby o nich tak naprawdę na poważnie porozmawiać. A te rozmowy na nas czekają. I mimo że usilnie odsuwamy je w jakąś nicość, to i tak przed nimi nie uciekniemy. Póki co, niestety, wygłaszamy sądy, skazujemy drugą stronę na niebyt, obrzucamy się inwektywami. Dziś mamy temat aborcji, nie wiadomo dlaczego wyciągnięty w tak trudnym czasie. Dochodzi do protestów w wielu miastach. Nie dziwię się temu, bo jeśli tak traktuje się kobiety, tak traktuje się drugą stronę – nie jako partnera, tylko jak przedmiot, a nie podmiot rozmowy no to… kto sieje wiatr, zbiera burzę. Nie należy się też dziwić ludziom, że są doprowadzeni do ostateczności, jeżeli nie chce się z nimi rozmawiać, a tylko dyktuje się im warunki. Niestety, to jest domena konserwatystów. Oni roszczą sobie prawo do moralnego zwierzchnictwa i stawiania ludzi przed faktem dokonanym, bez rozmowy, bez partnerskiego traktowania. Nie godzę się na taki stan rzeczy.

zdjęcie: Koncert w WCK (M. Szymańska)

Warto zabierać głos w sprawie. Ten Twój słyszalny jest przede wszystkim ze sceny. Akcentujesz problemy, wyrażasz niezgodę, wybudzasz z letargu powszedniości… Dlaczego tak? Dlaczego nie jest „głos”, jakich wiele – lekki i przyjemny?

Bo taki mnie nie bawi w ogóle. Ale też nie tworzę piosenek zaangażowanych po to, by mieć jakąś zabawę. Uważam, że treści z przekazem są potrzebne. Tak widzę swoją rolę. Kiedyś muzyka rockowa była nacechowana treścią. Być może na wyrost, być może mam przerośnięte ego, ale po części czuję się spadkobiercą tej idei – artysty, muzyka, który chce mówić o czymś. W przestrzeni publicznej mamy tak dużo taniej rozrywki, promowanej przez publiczne media, że jest już niesmaczne. Nie przeszkadza mi ten segment, bo jeśli to kogoś bawi, ma z tego przyjemność i pieniądze, to proszę bardzo! Mamy wolny kraj i o to walczyliśmy, sam o to walczę na każdym kroku. Jest przestrzeń dla każdego. Ale niekoniecznie trzeba skazywać rzeczy zaangażowane, ciut bardziej ambitne, z pretensją do jakiejś treści, na tak głęboką dysproporcję. Tak, jak jest teraz, upokarzając artystów niepokornych, którzy mają swoje zdanie i je wyrażają. I mają inne zdanie niż obecna władza. Czuję się w obowiązku mówić o tych rzeczach szczególnie, że potrzebujemy tego dialogu. I mimo że też ulegam emocjom i często popadam w skrajności, to jednak próbuję się mitygować, mówić sobie: ej, posunąłeś się za daleko, co innego mówisz, co innego robisz!

Reagujesz bardziej po to, by zwrócić uwagę komuś na jakąś kwestię, czy po to, by żyć w zgodzie ze samym sobą?

W sumie i to, i to. Im jestem starszy, tym lepiej rozumiem społeczne, psychologiczne mechanizmy, które nami sterują, więc nie wybaczyłbym sobie, gdybym nie reagował. Mam taką silną potrzebę, by wyrażać swoje zdanie. Zawsze powtarzam, że posiadanie poglądów jest zaletą, a nie niepotrzebnym naddatkiem, z którym nie wiadomo, co zrobić. Posiadanie poglądów jest jawnym dowodem na to, że zachodzą w naszej głowie procesy myślowe, a chyba o to chodzi, prawda? Dzięki społecznemu dialogowi możemy wynegocjować wspólną przestrzeń i wspólnie w niej tkwić. Nie musimy przekonywać się przecież do wszystkiego, myśleć w jednolity sposób. Świat jest różnorodny, każdy widzi go inaczej, każdy ma inną wrażliwość, ale potrzebne jest nam to wspólne centrum, w którym dobrze czuć będziemy się wszyscy. Sumując, robię to dla siebie, ale też czuję pewnego rodzaju misję. Tak mało jest dziś zaangażowanej muzyki, bo tak mało ludzi chce wchodzić w poważniejsze tematy. Uważam to za niedociągnięcie mojej branży i bardzo ubolewam nad tym, bo artysta powinien być wyrazisty.

I powinien prowokować…

Prowokować nie do bójki, ale do rozmowy, do myślenia. Wypowiadać się w taki sposób, żeby nie obrażać, nie poniżać, a zmusić do refleksji. Jest wiele osób, które się ze mną nie zgadzają i to jest ok. Ale jeśli raz na jakiś czas znajdzie się ktoś, kto pomyśli sobie, że może w jakimś procencie mogę mieć rację, jeśli poprzez to, o czym mówię, przemyśli pewne sprawy, będzie to dla mnie olbrzymi sukces.

Powiedz, zamiłowanie do sztuki, to, że tworzysz po części może wynikać z zainteresowań twoich rodziców. A czy w twej potrzebie bycia niezależnym, szczerym także mają swój udział?

Zdaje się, że tak. Mój ojciec był takim facetem bardzo niezależnym. Zresztą tacy ludzie zawsze mi imponowali. Przez całe życie, nawet podświadomie, szukałem takich wzorców – outsiderów, wagabundów, ludzi z charakterem i z własnym zdaniem, które potrafią wyrażać, bez względu na krytykę, z jaką przychodzi im się mierzyć. Krytyka jest immanentną cechą wypowiedzi, werbalnej czy artystycznej. To naturalne, gdy coś tworzymy, pokazujemy, musimy się liczyć z oceną. Cenię sobie ludzi niezależnych, szczególnie dzisiaj, gdzie jesteśmy zapędzani w kąt, stygmatyzowani różnymi epitetami, które na siłę mają nas gdzieś przyporządkować. Człowiek naprawdę jest skomplikowaną istotą i dużym nietaktem wydaje się być zamykanie go w jednym epitecie i generalizowanie.

Po co Ci była książka?

Książka była mi potrzebna… no, trochę po to, by połechtać swoje ego, ale i by spełnić swoje marzenie. By dotknąć świata, do którego zawsze chciałem należeć. Podobało mi się w pisarzach, których cenię i czytuję, że potrafią wykreować zupełnie nowe światy, nowe rzeczywistości, ale mówić o tych samych, wartościowych rzeczach, choć na różne sposoby. To dla mnie odległy, niedostępny świat, ale chciałem zrobić choć jeden krok w jego stronę. I będę na pewno pisał dalej. Bo ta forma wypowiedzi jest dla mnie ważna. Chcę się przygotowywać do kolejnej książki, mam pomysł w głowie. Nie chcę z pisania rezygnować tylko dlatego, że jeden, czy drugi krytyk mówi, że ono jest nic niewarte. Bo czwarty powie, że warte! Wiadomo, opinie są różne. Robię to przede wszystkim dla siebie.

Twoja powieść „Teoria opanowywania trwogi” jest też taką próbą oswojenia rzeczywistości?

Tak, oczywiście. To próba opowiedzenia, tłumaczenia sobie tej rzeczywistości. To też próba dochodzenia do ładu ze samym sobą. Pisanie mi w tym bardzo pomaga. To fajna terapia przede wszystkim, wspaniałe zajęcie. I nie od razu trzeba być Olgą Tokarczuk, można pisać dla siebie, bo dzięki temu możemy naprawdę głęboko w siebie zajrzeć i odkryć miejsca, których nie znaliśmy. W codziennym życiu rzadko się to dzieje, gubi się w gąszczu zwykłych spraw, nie drążymy siebie aż tak, do cna. Gdy piszę, ma to miejsce, co cieszy mnie bardzo.

Dziękuję za rozmowę.

I ja bardzo dziękuję.

Rozmawiała Magdalena Szymańska

Skomentuj wpis jako pierwszy!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


  • FOTORELACJE

  • listopad pażdziernik wrzesień